Zaczynało się od sapania śmieciarki za oknem
tupotu zbiegającego po schodach
windy tłukącej pięściami w stalowe drzwi
Już od samego rana
pośpiech gnieździł się we mnie i wypychał
na uliczny chodnik złożony
z płyt grających rytmy moich kroków
a moje buty waliły jak w bęben
napiętą skórę asfaltu
jakby się zwoływały przeciwko mnie
Jeszcze było ciemno
jeszcze się wychylały zza drzew
duchy nienarodzonych drwali
a drzewa rosły coraz szybciej
żeby rzucać ciężkie jak kłody cienie
Próbowałem je przeskakiwać
tracąc wypadające z kieszeni monety
poranną gazetę i drugie śniadanie
Po co było tak biec
skoro wyprzedzały mnie nawet
kobiety ciągnące siatki z zakupami
i dzieci brodzące po kostki w kałużach
Zatrzymałem się
i od razu wszystko spowolniało
nawet liście na drzewach poruszały się wolniej
Zmrużyłem oczy
jakbym wypatrywał znajomych
nadchodzących z wylotu ulicy
czułem jak światło przeciska się z trudem
przez wąską szczelinę między powiekami
i rysuje we mnie odwrócony obraz
Pod stopami miałem teraz oblodzone chmury
wróble z drzew zwisały tak jak nietoperze
a domy się wspierały na opuszkach anten
Przechodnie byli smutni więc się uśmiechali
omijali mnie przyjaźnie machając nogami
Nastawało święto dla świętych
budzenie się do życia wiecznego
Na amen
Dodane przez admin
dnia 01.01.1970 00:00 ˇ
1023 Czytań ·
|