|
Gdy rozkwita tułaczy, nasz Atlantyk pragnień
- gdzie wzrokiem bezmiar, a policzki skwarem -
sztorm nas nie zniewoli, tylko ptaki, tylko żagle,
aż znajdziemy nocą - nasze Puertito.
Owiń lustro oceanu ornamentem tarasów,
czernią piachu Candelarii, pieczęcią wąwozu.
Od klątwy wulkanu - chwilowych roziskrzyj Teidą,
twarzami Guanczów naskalne raduj ziele.
Karm cieniem jaskiń pokonanych i zwycięzców,
a wątpiących... obsydianem odzyskanej nadziei.
Chwal skałę chwałą skrzykniętą nad głową
- zmęczonych - białym kolumbarium Arafo.
Choć nie brak plaż rześkich i przepaści słów,
i łąk mlecznych tu skąpo, i modrzewia lasów
- zwodzonych nie syć poręcznością lawy,
grafitowa, już szumi naszymi imionami.
Z Santa Cruz strzelistego auditorio natchnienia,
zdrożoną przeszłość odkup ażuru balustradą,
dachami, ogrodami Orotavy, a na spoczynek
ściel wybladłym, rozgrzany brzeg San Marcos.
Gwizdem, krzykiem bezdomnych ogłoś los loterii
- nam w cafeterii, krzesło czekoladowej otuchy.
Parkietem, fiesty znów młodszych, rozkołysz.
- Tylko ostrożnie - solo débil, solo débil.
Skowytem pasatu - ujadaniem wietrznej czujności -
spuść na nas wściekłe, spienione psy fal Hidalgo
i prowadź oniemiałych - przez otwarte skałą -
strome na oścież, okno oceanu.
Obyśmy się nie spóźnili, i... zdążyli na czas.
Mchami się zakorzeńmy, owocujmy korzeniami,
czepiajmy się porostami tych skał zaradnych,
ścieżek lekkomyślnych i wiatru, póki nasz.
Dodane przez Grzegorz Moss
dnia 26.06.2026 10:14 ˇ
0 Komentarzy ·
6 Czytań ·
|