|
Widzę ją, jak leży naprzeciwko,
Moja Lotta, światłem okraszona,
Czas zwolnił, gdy ona jest tak blisko,
Twarze wokół zakrywa przesłona,
Już wychodzą, zostajemy sami,
Spokój zadrżał pod jej ruchu wpływem,
Spojrzenia wiążą się między nami,
Bliżej, cisza ginie śmiechu zrywem,
Bliżej...
Wtem twarz jej jak kalka, wszystko gaśnie ,
Bezlitośnie się przez nią przebija
Obraz szary i tak znany strasznie,
Że potrafi zabijać, zabija!
Obcy dźwięk niszczy śmiechu jej głoski,
Zostań Lotto, zostań jeszcze miła!
Jak sęp na trupie, żerują troski
Na spokoju, wybija godzina...
Czemu?
Ślepe oczy patrzą zawieszone,
Co jest snem, a co rzeczywistością?
Nici myśli stargane, zwichrzone,
Splątane ze wszystkim i nicością
Węzłem Gordyjskim, czas płynąc- stanął,
Czemu nagle zjawiasz się? Déja vu?
Otwiera się blizna nową raną,
Z przeszłości wyciągasz ten stary ból,
Znam cię...
Morfeuszu, mam cię aniołem zwać,
Czy może czartem, przebiegły boże?
Ty co potrafisz z krańca serca kraść
I tym co ukradniesz ciąć jak nożem,
Ty, co dajesz chwilę żyć marzeniem,
Radosnym karmisz ducha obrazem,
Napełniasz serce weny tchnieniem,
Czy losu posłem jesteś, czy łgarzem?!
Powiedz!
To, coś wyciągnął miało zostać
Na serca dnie, wśród myśli innych,
Złamanych, nie miało się ostać,
by wzywać nowych- ciepłych, zimnych,
Pełnych nadziei lub marności...
Więc odejdź precz boże przeklętych!
Nie pokazuj mi już Lotty mej,
Wygrałeś, z bólu stoję zgięty,
Nie odmawiaj, jeszcze jeden sen...
|