pochodnia płonie na dziedzińcu sławy
czterdzieści siedem nocy z rzędu
mniej więcej tyle potrzeba wulkanom
na rozgrzanie się do czerwoności
blaski nowej sławy na kamieniach przepłukanych powodziami
synchronizują się za spojrzeniami na stacjach metra
ostatnie kamienie spadają z szyn
i peron gotowy jest na przyjęcie
składu osobowego numer trzynaście
bo miejsca kierowcy nie wlicza się do składu
prawdopodobnie na wypadek zderzenia czołowego
lub złamania otwartego kości podudzia
kiedy byłem mały dziadek często opowiadał mi
o owadach formujących bojowe szyki
nad nocną lampką w jego pokoju
tylko że dziadek był schizofrenikiem
i tramwaje w ogóle go nie interesowały
przynajmniej odkąd pamiętam
obracam w palcach drewnianą fajkę
prawdopodobnie po dziadku
|