nie ma ratunku, zginą zwierzęta wykupione,
wykpione i porzucone pod ostrzałem w ogrodzie.
ten obraz powraca codziennie rano o czwartej
czterdzieści pięć. oswojone żyrafy, nosorożce
i inne spontanicznie powstałe gatunki uwolnione
z klatek, błąkające się po stepach rosji, czekające
na zimę by zdechnąć w lodowaciejącej lenie.
nie obejdzie się bez ofiar gdy nastanie tryumf na
woli a wtedy pękną niebieskie wrzeciona i san
salvador nie pomoże. trzeszczy pod stopami złom
jaki zaludniał przełęcze, tłumy sopli, seraków, piargi
i rumowiska pełne istot czujących i rozumnych,
nie znających lepszej wersji prawdy. na przykład tej,
że generalicja strzela i zabija ale nie walczy. od amdo
po karakorum wyłania się spośród lodu płaskowyż pełen
policji i wojska. śnieg wschodzi rudo na wierzchołkach.
niżej na zmianę biegunów i roztopy antarktyki czeka
skuty lud.
|