|
Zamiatam kurz, co gryzie po gardle poranną kłótnią z sąsiadem,
Zdrapuję szron, co oplótł szybę zimną relacją z najbliższymi,
Piorę firanki, śmierdzące dymem spalonej obietnicy,
Stoję, pod żalów i pretensji gradem.
Tu i ówdzie rdza, miłości co ponoć nie rdzewieje,
Za oknem deszcz, łez ludzi których skrzywdziłem,
Tworzy kałuże w której odbija się twarz winnego,
Na niebie ciemne chmury, bez słońca co daje nadzieję.
W kuchni rozlane mleko, nad którym już
i płakać nie mam ochoty,
Obdarte ściany z tapety nieszczerych uczuć,
Z sufitu kapią łzy, sąsiada z pierwszej strofy,
Na podłodze szkło, z ostatniej pijanej soboty.
W salonie krzesło, kaleka o trzech nogach,
Zimny kaloryfer, jak mróz na podwórku,
Pod stołem dziecko o policzkach w różu,
Szepcze: przestań tato, nie pij już ojczulku.
Ostatnia lampka, ostatni kieliszek,
Z uporem maniaka powtarzam co rano,
I znów zawrót głowy, upadłem, czy żyję?
Przecież pnę się w górę, po równi pochyłej.
Dodane przez Piotr Fryzowicz
dnia 14.04.2012 20:33 ˇ
7 Komentarzy ·
365 Czytań ·
|