Podpatrzone w Dusznikach
Dodane przez Janusz dnia 22.08.2017 03:58

Pierwsza połowa sierpnia. Festiwal chopinowski - atmosfera nieco odpustowa. W zabytkowym pałacyku Chopina wchodzi na scenę kolejny wykonawca - niespełna dziesięcioletni chłopiec. Rozpoczyna od Sonaty h-moll. Spod palców małego wirtuoza płyną subtelne dźwięki, zespalające się w cudowną, wielobarwną konstrukcję. Na twarzach widzów zaskoczenie, a potem zachwyt. Oto objawił się nowy, wspaniały talent! Nawet muchy, których pełno na sali, przestały bzyczeć, jakby bały się zakłócić czarowny nastrój chwili.

Wtem na widowni poruszenie. Kalekie dziecko, z niezbyt rozgarniętą buzią, zrywa się z krzesła i zarzucając pokręconymi nóżkami, biegnie do fortepianu. Pewnie chce zobaczyć, co tak skrzeczy w tym czarnym pudle. Zawstydzona mama biegnie za nim, ciągnie go z powrotem na krzesło. Malec siada niechętnie, kiwając się ze znudzeniem na boki.

Młody wirtuoz zakończył grę. Ukłonił się zachwyconej publiczności, zszedł ze sceny, usiadł pod ścianą i spojrzeniem znającego swoją wartość cudownego dziecka mierzy widownię. Przez chwilę zatrzymuje wzrok na brzydkim kaczątku. Ledwie zauważalnie wydął pogardliwie wargi, ale natychmiast wrócił do wystudiowanej pozy.

Nagle, jak to bywa w górach, granatowe chmury przesłoniły słońce. Lunął deszcz, niebo rozjaśniły błyskawice, zahuczały pioruny. Małemu geniuszowi rozbłysły oczy. Wyciąga szyję w kierunku okna i tak trwa w ekstazie - słucha muzyki burzy. A obok na widowni kalekie dziecko, łkając z przerażenia, tuli się do ramienia mamy.

Zgasło światło, ogłoszono nieplanowaną przerwę. Kiedy koncert wznowiono, na sali widać było dwa puste krzesła.