Długa droga do domu.
Dodane przez radosablievic dnia 06.04.2017 12:37
Chodzę ulicami.
Pustymi,
cztery tysiące metrów nad morzem.
Oddycham.
Skażonym powietrzem.
Nad morzem
zabijam powietrze.
Cztery tysiące Trupów za nami.
A dzień się dopiero zaczyna.
Poranek.
Dwa dzikie psy.
Warczą
na obcego człowieka
Wszyscy w okolicy wyjechali.
Za pracą.
Puste miasto.
Jedno wielu na świecie.
Wszyscy oddychają codziennie.
Nieskończoną ilość razy.
Umierać niektórym się zdarzy.
Jak to możliwe coś znaczyć.
W ułamku chwili mrugnąć
Okiem.
Kroplę łzy uronić
Zobaczyć.
Złapać za rękę
i odejść.
Zostawić.
Stoję samotnie.
Jak każdy.
Jest ciężko.
Pies na psa patrzy.
Cegły spokojnie wystają ze ściany.
Starsza kobieta z okna wygląda.
Opada kurtyna.
Płuco powoli się zapada.
Lewe.
Pod ciężarem dwutlenku węgla.
Potrzeba asfaltu by ten świat ocalić.
Wycięte drzewa.
Pusta polana.
Niczym się nie różni od tego miasta,
inna twarz tego samego świata.
Sprawdzam godzinę.
Jest jeszcze wcześnie
nad ranem.
Pytam o drogę
wytartą tablicę.
Idę w dobrą stronę.
Cztery tysiące Trupów za nami.
A to dopiero dzisiaj,
dnia początek,
same dzieci,
pół kontynentu.
Nieważna liczba.
Leci samolot.
Spokojnie ląduje.
Nikt się nie cieszy.
Dlaczego powietrzem trzeba oddychać?
A woda stara się płynąć?
Dlaczego musisz pisać?
A człowiek musi zabijać?
Po co są pytania?
Rozumiem.
Nie pytam.
Czas się uśmiechnąć
i zasnąć.
Do później.
Patrząc na puste ulice
nie żyje.
Idąc słonecznym bulwarem
nie czuje
ciężaru powietrza.
Siadam na ławce
myśląc.
Nic nie ma dalej.
Zaczyna padać.
Kobieta dziecko trzyma na rękach.
Czy się uśmiechnąć,
czy może zapłakać
Trzeba oddychać.
Tym samym powietrzem.
Oddychać.
Nie walczyć.