Orfeusz
Dodane przez Magrygał dnia 01.07.2013 22:08
Zstąpiłem do piekieł,
nie po drodze mi było do nieba.
Dwie diablice parzyły się z sobą,
jurny satyr dołączył do nich,
dobiegł mnie bełkot o duszy.

Po trzykroć wstrzymałem oddech,
nim spełniłem się w bezimiennym ciele,
skomlącym pod ciężarem lędźwi.

Miłość uleciała skąd przyszła,
uczyniła Boga silniejszym,
by tworzył nowe światy,
gdy zabraknie naszego.

Przyzwałem wspomnienie dłoni
wędrujących wzdłuż zwrotnika
Koziorożca, na przednówku cudu
nazwałem cztery żywioły,
piąty pozostawiając sobie.

Przemierzyłem kolejne kręgi,
wciąż bezimienny.